Wpisy archiwalne w kategorii
powyżej 200 km
| Dystans całkowity: | 24995.93 km (w terenie 22.00 km; 0.09%) |
| Czas w ruchu: | 1075:34 |
| Średnia prędkość: | 23.24 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 69.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 106981 m |
| Liczba aktywności: | 112 |
| Średnio na aktywność: | 223.18 km i 9h 36m |
| Więcej statystyk | |
Sobota, 31 maja 2014Kategoria Focus, powyżej 200 km
Do Janowca na obiad. W planie była jeszcze przeprawa do Kazimierza, niestety prom przez Wisłę nie kursował.
http://www.bikemap.net/pl/route/2628524-janowiec/#...
Vmax : 50.10 km/h Temp : 18.0 'C
http://www.bikemap.net/pl/route/2628524-janowiec/#...
Dane wycieczki:
Dystans : 202.47 km (0.00 km teren) Czas : 08:01 h Vsr : 25.26 km/h Podjazdy : 663 m Vmax : 50.10 km/h Temp : 18.0 'C
Poniedziałek, 19 maja 2014Kategoria powyżej 200 km, Author
Oto trasa przejazdu, typowe kluczenie po gminach przy pięknej pogodzie :
http://www.bikemap.net/pl/route/2611579-ze-zlotu-2...
Vmax : 43.40 km/h Temp : 23.0 'C
http://www.bikemap.net/pl/route/2611579-ze-zlotu-2...
Dane wycieczki:
Dystans : 201.36 km (0.00 km teren) Czas : 10:21 h Vsr : 19.46 km/h Podjazdy : 652 m Vmax : 43.40 km/h Temp : 23.0 'C
Niedziela, 11 maja 2014Kategoria Focus, powyżej 200 km
Dane wycieczki:
Dystans : 201.57 km (0.00 km teren) Czas : 09:27 h Vsr : 21.33 km/h Podjazdy : 788 m Vmax : 40.00 km/h Temp : 13.0 'C
Sobota, 10 maja 2014Kategoria Focus, powyżej 200 km
Wybrałem się na dwudniową jazdę po Lubelszczyźnie. Cele były dwa: pojeździć i zaliczyć dziesięć gmin z tamtej okolicy. Pogoda bardzo kapryśna: deszcze, wiatr. Oto mapka dwudniowej trasy:
http://www.bikemap.net/pl/route/2592997-g1422/#gsc...
Pierwszego dnia dotarłem do miejscowości Uchanie, gdzie nocowałem w agroturystyce.
Vmax : 47.70 km/h Temp : 15.0 'C
http://www.bikemap.net/pl/route/2592997-g1422/#gsc...
Pierwszego dnia dotarłem do miejscowości Uchanie, gdzie nocowałem w agroturystyce.
Dane wycieczki:
Dystans : 249.82 km (0.00 km teren) Czas : 10:10 h Vsr : 24.57 km/h Podjazdy : 1112 m Vmax : 47.70 km/h Temp : 15.0 'C
Poniedziałek, 30 września 2013Kategoria powyżej 200 km, Author
Kołbiel-Siennica-Cegłów-Mrozy-Latowicz-Parysów-Borków-Miastków Kościelny-Górzno-Ryki-Dęblin-Garbatka Letnisko-Zwoleń-Ciepielów-Wielgie-Sienno-Ostrowiec
Vmax : 45.70 km/h Temp : 12.0 'C
Dane wycieczki:
Dystans : 221.07 km (0.00 km teren) Czas : 10:31 h Vsr : 21.02 km/h Podjazdy : 617 m Vmax : 45.70 km/h Temp : 12.0 'C
Piątek, 27 września 2013Kategoria powyżej 200 km, Author
Ostrowiec-Dęblin-Garwolin-Pilawa-Osiecko-Kołbiel-Sulejówek-Zegrze-Trzepowo
Vmax : 44.40 km/h Temp : 14.0 'C
Dane wycieczki:
Dystans : 269.55 km (0.00 km teren) Czas : 12:54 h Vsr : 20.90 km/h Podjazdy : 546 m Vmax : 44.40 km/h Temp : 14.0 'C
Wtorek, 27 sierpnia 2013Kategoria Focus, powyżej 200 km
Dzień jedenasty
Mielno - Rozewie
Pisze Olo: „Grzejcie chłopaki. Gdzieś przed Mielnem jest podobno nieprzyjemny przejazd kolejowy. Tory niemal równolegle idą do drogi. Jeden zawodnik tam leżał”.
Dzięki Olo. W samą porę ostrzegłeś. Byliśmy przygotowani. Atakowaliśmy go z lewej strony, skręcając mocno do prawej. Jeżeli ktoś nadjechał prawą stroną jezdni, czyli normalnie – musiał mieć kłopoty.
Mijamy Mielno, wjeżdżamy na mierzeję. Paskudnie jakoś. Spać się chce. Kończy się mierzeja na szczęście. Tomek Knopik mówi, że ma dość, że jest wykończony, że nie daje rady. Kładziemy się wszyscy na piętnaście minut drzemki. Pomogło. Ruszamy potem, ale droga fatalna, jakieś betonowe płyty, dużo piasku. Nie potrafię jechać po tym szybko. Dwóch Marcinów jest już wyraźnie z przodu, potem ja, za mną niknie światło Tomka. Jakieś remonty, objazdy, dziura na dziurze. Tragedia. Błądzę i kręcę się w kółko pomimo posiadania GPS. Uff, wybrnąłem z tego. Niedługo dogoniłem Marcinów, którzy zatrzymali się nie wiem już dlaczego. Tomka nie widać. Jedziemy we trzech. Do Darłowa. Tam kawa na stacji i pędzimy dalej. Zaczynam odstawać od prowadzącej dwójki. Raz, drugi mobilizuję się i ich doganiam, ale po chwili odpuszczam. Po prostu nie dam rady. Trudno. Wyścig ma swoje prawa. Chłopaki pędzą, cały czas kalkulując, czy zdążą na dwunastą na metę. Ja kładę się na dwadzieścia minut na przystanku. Potem będzie jeszcze raz dziesięć minut. Jadę w znośnym tempie. „Komputer” cały czas pracuje i liczy, czy zdążę na dwunastą. Cały czas jest taka możliwość. Tylko trzeba jechać. Szybko jechać. Za Ustką dogania mnie autem kolega Marcina Nalazka. Ma dla mnie kanapki, banany, batony. Biorę jedynie kanapki, bo pozostałe rzeczy mam ze sobą w sporych ilościach. Ubywają kilometry. Dojeżdżam do miejscowości Wicko. Chyba 70 km do mety. No i stało się. Odcięło mi prąd. Tak mocno jak nigdy dotąd. Zszedłem z roweru, ledwo stoję na nogach, ledwo jestem w stanie podprowadzić rower pod pobliski sklep. Kupuje dwa litry soku z czarnej porzeczki, jakieś drożdżówki. Pochłaniam to powoli, siedząc na ławce przed sklepem. Powoli mijają czarne myśli, wraca trzeźwość oceny, wraca życie. Po pół godzinie wsiadam na rower i nawet jadę. Jeszcze pomału, ale czas i dostarczony organizmowi cukier robią swoje. Wróciłem do świata żywych. Rozkręcam się. Napisałem SMS, że nie zdążę na metę w wyznaczonym czasie. Jednak jadę. Dojeżdżam w okolice Żarnowca. Widzę z daleka czekających na mnie ludzi. Poznaję Michała Z. i Michała B. – kolegów z forum. Mają aparaty w rękach – będzie sesja fotograficzna. Mobilizuję się, prężę muskuły. A co, trzeba trzymać fason. Nie poznałem Michała Wolffa! Dopiero później, już w domu, patrząc na zdjęcia, zorientowałem się, że on tam też był. Zgolił wąsy. Za chwilę mam piękny zjazd w dół, a później ostatni na tej imprezie podjazd. Staję na pedałach, żwawo posuwam się do przodu. Kryzys zażegnany, a błysk fleszy dodaje sił. Niedługo Jastrzębia Góra i męcząca, dłużąca się ostatnia prosta przed metą. I wreszcie meta. Co za radość! Wszyscy czekali na mnie z zakończeniem. Godzina i trzynaście minut po limicie czasu. Mam to w nosie. DOJECHAŁEM!!! Daniel Śmieja też mówi, żebym się żadnym limitem nie przejmował. Uścisk dłoni prezesa, statuetka, pamiątkowe zdjęcie – wszystko. Aha, satysfakcja jeszcze ogromna, ale to już taka bardziej własna. Czuję się w jakiś sposób spełniony. Zrealizowałem jedno z marzeń. Uznanie wśród wielu, wielu osób, zaskakująco wielu. Zaskakująco wielu kibiców w internecie i po drodze. Mnóstwo okazywanej sympatii i ogrom bezinteresownej pomocy.
Chwilo trwaj!
Tomek Knopik dojechał na metę około sześć godzin po mnie. Tomek, gratuluję charakteru. Wyobrażam sobie, jaką walkę ze sobą musiałeś stoczyć. Zresztą nawet nie muszę sobie wyobrażać. Ja to po prostu WIEM. Powodzenia Tomek!
Vmax : 49.50 km/h Temp : 26.0 'C
Mielno - Rozewie
Pisze Olo: „Grzejcie chłopaki. Gdzieś przed Mielnem jest podobno nieprzyjemny przejazd kolejowy. Tory niemal równolegle idą do drogi. Jeden zawodnik tam leżał”.
Dzięki Olo. W samą porę ostrzegłeś. Byliśmy przygotowani. Atakowaliśmy go z lewej strony, skręcając mocno do prawej. Jeżeli ktoś nadjechał prawą stroną jezdni, czyli normalnie – musiał mieć kłopoty.
Mijamy Mielno, wjeżdżamy na mierzeję. Paskudnie jakoś. Spać się chce. Kończy się mierzeja na szczęście. Tomek Knopik mówi, że ma dość, że jest wykończony, że nie daje rady. Kładziemy się wszyscy na piętnaście minut drzemki. Pomogło. Ruszamy potem, ale droga fatalna, jakieś betonowe płyty, dużo piasku. Nie potrafię jechać po tym szybko. Dwóch Marcinów jest już wyraźnie z przodu, potem ja, za mną niknie światło Tomka. Jakieś remonty, objazdy, dziura na dziurze. Tragedia. Błądzę i kręcę się w kółko pomimo posiadania GPS. Uff, wybrnąłem z tego. Niedługo dogoniłem Marcinów, którzy zatrzymali się nie wiem już dlaczego. Tomka nie widać. Jedziemy we trzech. Do Darłowa. Tam kawa na stacji i pędzimy dalej. Zaczynam odstawać od prowadzącej dwójki. Raz, drugi mobilizuję się i ich doganiam, ale po chwili odpuszczam. Po prostu nie dam rady. Trudno. Wyścig ma swoje prawa. Chłopaki pędzą, cały czas kalkulując, czy zdążą na dwunastą na metę. Ja kładę się na dwadzieścia minut na przystanku. Potem będzie jeszcze raz dziesięć minut. Jadę w znośnym tempie. „Komputer” cały czas pracuje i liczy, czy zdążę na dwunastą. Cały czas jest taka możliwość. Tylko trzeba jechać. Szybko jechać. Za Ustką dogania mnie autem kolega Marcina Nalazka. Ma dla mnie kanapki, banany, batony. Biorę jedynie kanapki, bo pozostałe rzeczy mam ze sobą w sporych ilościach. Ubywają kilometry. Dojeżdżam do miejscowości Wicko. Chyba 70 km do mety. No i stało się. Odcięło mi prąd. Tak mocno jak nigdy dotąd. Zszedłem z roweru, ledwo stoję na nogach, ledwo jestem w stanie podprowadzić rower pod pobliski sklep. Kupuje dwa litry soku z czarnej porzeczki, jakieś drożdżówki. Pochłaniam to powoli, siedząc na ławce przed sklepem. Powoli mijają czarne myśli, wraca trzeźwość oceny, wraca życie. Po pół godzinie wsiadam na rower i nawet jadę. Jeszcze pomału, ale czas i dostarczony organizmowi cukier robią swoje. Wróciłem do świata żywych. Rozkręcam się. Napisałem SMS, że nie zdążę na metę w wyznaczonym czasie. Jednak jadę. Dojeżdżam w okolice Żarnowca. Widzę z daleka czekających na mnie ludzi. Poznaję Michała Z. i Michała B. – kolegów z forum. Mają aparaty w rękach – będzie sesja fotograficzna. Mobilizuję się, prężę muskuły. A co, trzeba trzymać fason. Nie poznałem Michała Wolffa! Dopiero później, już w domu, patrząc na zdjęcia, zorientowałem się, że on tam też był. Zgolił wąsy. Za chwilę mam piękny zjazd w dół, a później ostatni na tej imprezie podjazd. Staję na pedałach, żwawo posuwam się do przodu. Kryzys zażegnany, a błysk fleszy dodaje sił. Niedługo Jastrzębia Góra i męcząca, dłużąca się ostatnia prosta przed metą. I wreszcie meta. Co za radość! Wszyscy czekali na mnie z zakończeniem. Godzina i trzynaście minut po limicie czasu. Mam to w nosie. DOJECHAŁEM!!! Daniel Śmieja też mówi, żebym się żadnym limitem nie przejmował. Uścisk dłoni prezesa, statuetka, pamiątkowe zdjęcie – wszystko. Aha, satysfakcja jeszcze ogromna, ale to już taka bardziej własna. Czuję się w jakiś sposób spełniony. Zrealizowałem jedno z marzeń. Uznanie wśród wielu, wielu osób, zaskakująco wielu. Zaskakująco wielu kibiców w internecie i po drodze. Mnóstwo okazywanej sympatii i ogrom bezinteresownej pomocy.
Chwilo trwaj!
Tomek Knopik dojechał na metę około sześć godzin po mnie. Tomek, gratuluję charakteru. Wyobrażam sobie, jaką walkę ze sobą musiałeś stoczyć. Zresztą nawet nie muszę sobie wyobrażać. Ja to po prostu WIEM. Powodzenia Tomek!
Dane wycieczki:
Dystans : 222.00 km (0.00 km teren) Czas : 10:20 h Vsr : 21.48 km/h Podjazdy : 427 m Vmax : 49.50 km/h Temp : 26.0 'C
Sobota, 24 sierpnia 2013Kategoria Focus, powyżej 200 km
Dzień ósmy
Idzików - Kowary
Pisze Adam: „Kobiety o Tobie z szacunkiem wzdychając piszą. Chłopy rozpytują o Focusy. Po przejechaniu mety rozpoczniesz zupełnie nowe życie … się bij, walcz, zmagaj!”
Napisałem w relacji online, że ten dzień będzie kluczowy, że innych już tu nie będzie. Wyścig wkraczał dla mnie w decydującą fazę. Żarty się kończyły. Mam opóźnienie, ale jeszcze na płaskich odcinkach mogę je zniwelować, jeszcze mogę wyprzedzić jakichś zawodników. Ciągle jadę ostatni. Dość tego. Trochę mam pecha, bo co kogoś wyprzedzę, to ten rezygnuje, a ja znów na ostatniej pozycji Dzień jednak był bardzo trudny. Chyba najtrudniejszy dla mnie. Kryzysowy. Przejechałem tylko 200 km. Dużo podjazdów – może nie takie strome, ale z dziurawą nawierzchnią: podjeżdżanie utrudnione, a o jakimkolwiek zysku na zjeździe trudno marzyć. Ręce bolą od hamowania, na dziury trzeba uważać, bo już tylko jedna dętka w zapasie i czasu szkoda. Dojechaliśmy z Marcinem do Kowar. Tu rozstajemy się na czas jakiś. Ja zostaję na noc, Marcin korzysta przez chwilę z mojej kwatery i mojego punktu serwisowego, dożywia się, myje i pędzi w noc. Znów magia forum. Robb i Ania – załatwili ten nocleg, jechali z godzinę samochodem, aby dowieźć nam gar makaronu z czymś tam, multum kanapek, słodycze, baterie do GPS. Dzięki. To był mój ostatni komfortowy nocleg na trasie. Później przez dwie noce jechałem, walcząc z limitem czasu, z wiatrem, słabościami i kto to wie z czym jeszcze.
Vmax : 48.30 km/h Temp : 25.0 'C
Idzików - Kowary
Pisze Adam: „Kobiety o Tobie z szacunkiem wzdychając piszą. Chłopy rozpytują o Focusy. Po przejechaniu mety rozpoczniesz zupełnie nowe życie … się bij, walcz, zmagaj!”
Napisałem w relacji online, że ten dzień będzie kluczowy, że innych już tu nie będzie. Wyścig wkraczał dla mnie w decydującą fazę. Żarty się kończyły. Mam opóźnienie, ale jeszcze na płaskich odcinkach mogę je zniwelować, jeszcze mogę wyprzedzić jakichś zawodników. Ciągle jadę ostatni. Dość tego. Trochę mam pecha, bo co kogoś wyprzedzę, to ten rezygnuje, a ja znów na ostatniej pozycji Dzień jednak był bardzo trudny. Chyba najtrudniejszy dla mnie. Kryzysowy. Przejechałem tylko 200 km. Dużo podjazdów – może nie takie strome, ale z dziurawą nawierzchnią: podjeżdżanie utrudnione, a o jakimkolwiek zysku na zjeździe trudno marzyć. Ręce bolą od hamowania, na dziury trzeba uważać, bo już tylko jedna dętka w zapasie i czasu szkoda. Dojechaliśmy z Marcinem do Kowar. Tu rozstajemy się na czas jakiś. Ja zostaję na noc, Marcin korzysta przez chwilę z mojej kwatery i mojego punktu serwisowego, dożywia się, myje i pędzi w noc. Znów magia forum. Robb i Ania – załatwili ten nocleg, jechali z godzinę samochodem, aby dowieźć nam gar makaronu z czymś tam, multum kanapek, słodycze, baterie do GPS. Dzięki. To był mój ostatni komfortowy nocleg na trasie. Później przez dwie noce jechałem, walcząc z limitem czasu, z wiatrem, słabościami i kto to wie z czym jeszcze.
Dane wycieczki:
Dystans : 200.00 km (0.00 km teren) Czas : 10:51 h Vsr : 18.43 km/h Podjazdy : 2783 m Vmax : 48.30 km/h Temp : 25.0 'C
Czwartek, 22 sierpnia 2013Kategoria Focus, powyżej 200 km
Dzień szósty
Powroźnik - Żywiec
Wyruszamy z Krzysztofem zaraz po szóstej. Wjeżdżamy w ziemię sądecką. Jestem wzruszony, dawno tu nie byłem choć mieszkałem tutaj tyle lat. Wszystko znajome, bliskie.
Droga znana na pamięć, przejechana wielokrotnie. Delikatny podjazd przed Żegiestowem, Wierchomla, gdzie pracowałem dziewięć lat, Piwniczna. W Piwnicznej wycofuje się z wyścigu Radek Tusiński. Przekazuje mi pozostałe mu batony i żele. Dzięki – przydały się bardzo. Jadę dalej, chłonąc znajome widoki. Rytro, Stary Sącz, Krościenko nad Dunajcem.
Tutaj jest półmetek imprezy. Jestem odrobinę przed limitem czasu. Zaraz jednak w okolicy Grywałdu skręcam w Pieniny. Ostry podjazd w Hałuszowej, potem zjazd do Niedzicy i zaczyna się wspinaczka pod Łapszankę. Długa i mozolna. Na szczycie czeka na mnie Erwin. Dowiózł mi jedzenie, picie, baterie do GPS. Kolejny przykład wspaniałej, bezinteresownej pomocy, jakiej zaznałem na tej trasie wielokrotnie.
Pisze Marek Nowicki: „Generale, obserwujemy, podziwiamy i trzymamy kciuki. Marek z rodziną”.
Kolega z wojska, razem byliśmy w podchorążówce w stanie wojennym. Spotkamy się jeszcze na trasie za kilka dni.
Przez Zakopane przejeżdżam razem z Krzysztofem. Później zatrzymujemy się na pizzę w Witowie. Krzysiek ma kryzys. W głowie ma ten kryzys. Kompletny brak wiary w siebie, w możliwość ukończenia wyścigu. Jeszcze przed startem ustawił się w pozycji przegranego. Takie wrażenie odniosłem od razu po spotkaniu na peronie w Gdyni. Zawodnik, który „dołożył” mi na BBTourze, miał tam czas przejazdu o cztery i pół godziny lepszy niż ja, teraz cały czas tłumaczy mi, że on jest wolniejszy, on będzie z tyłu jechał. Trochę „nakrzyczałem” na niego, że przesadza, że ma się wziąć w garść. Nie pomogło. Jego mina odzwierciedla absolutny pesymizm. Nie mogę z nim jechać. Zbytnio mnie dołuje jego postawa. Ja jednak mam inne podejście. Niedługo docieramy do Jabłonki Orawskiej, zaczyna się podjazd pod Krowiarki, przyspieszam, odjeżdżam do przodu. Jeszcze na podjeździe dostałem SMS, że Krzysztof się wycofał. Sorry Krzychu – nie mogłem inaczej. Przepraszam Cię też za tę psychoanalizę, ale może w ten sposób pomogę Ci na przyszłość?
Długa Zawoja. Łagodny, szybki zjazd. Robi się ciemno. Znów podjazdy przed Stryszawą. Pamiętam trasę z Pętli Beskidzkiej w 2009 roku. Idzie noc, postanawiam zanocować w Żywcu. Docieram tam senny jak zwykle o tej porze. Bez problemu znajduję nocleg w hotelu. Pani znalazła jakiś pokój „ekonomiczny” za 50 zł, choć w pierwszej wersji miało być 90 zł.
Koszty. Trzeba je ponieść, żeby MRDP przejechać. Jeśli chodzi o tę imprezę, to byłem zdeterminowany i nastawiony na cel – ukończyć maraton. Gdyby było trzeba, to z lekkim bólem serca, ale bez zmrużenia oka zapłaciłbym za nocleg i 100 zł. Ważny był cel. Zregenerować się i jechać dalej. O pieniądze będę się martwił po wyścigu.
Vmax : 49.10 km/h Temp : 25.0 'C
Powroźnik - Żywiec
Wyruszamy z Krzysztofem zaraz po szóstej. Wjeżdżamy w ziemię sądecką. Jestem wzruszony, dawno tu nie byłem choć mieszkałem tutaj tyle lat. Wszystko znajome, bliskie.
Droga znana na pamięć, przejechana wielokrotnie. Delikatny podjazd przed Żegiestowem, Wierchomla, gdzie pracowałem dziewięć lat, Piwniczna. W Piwnicznej wycofuje się z wyścigu Radek Tusiński. Przekazuje mi pozostałe mu batony i żele. Dzięki – przydały się bardzo. Jadę dalej, chłonąc znajome widoki. Rytro, Stary Sącz, Krościenko nad Dunajcem.
Tutaj jest półmetek imprezy. Jestem odrobinę przed limitem czasu. Zaraz jednak w okolicy Grywałdu skręcam w Pieniny. Ostry podjazd w Hałuszowej, potem zjazd do Niedzicy i zaczyna się wspinaczka pod Łapszankę. Długa i mozolna. Na szczycie czeka na mnie Erwin. Dowiózł mi jedzenie, picie, baterie do GPS. Kolejny przykład wspaniałej, bezinteresownej pomocy, jakiej zaznałem na tej trasie wielokrotnie.
Pisze Marek Nowicki: „Generale, obserwujemy, podziwiamy i trzymamy kciuki. Marek z rodziną”.
Kolega z wojska, razem byliśmy w podchorążówce w stanie wojennym. Spotkamy się jeszcze na trasie za kilka dni.
Przez Zakopane przejeżdżam razem z Krzysztofem. Później zatrzymujemy się na pizzę w Witowie. Krzysiek ma kryzys. W głowie ma ten kryzys. Kompletny brak wiary w siebie, w możliwość ukończenia wyścigu. Jeszcze przed startem ustawił się w pozycji przegranego. Takie wrażenie odniosłem od razu po spotkaniu na peronie w Gdyni. Zawodnik, który „dołożył” mi na BBTourze, miał tam czas przejazdu o cztery i pół godziny lepszy niż ja, teraz cały czas tłumaczy mi, że on jest wolniejszy, on będzie z tyłu jechał. Trochę „nakrzyczałem” na niego, że przesadza, że ma się wziąć w garść. Nie pomogło. Jego mina odzwierciedla absolutny pesymizm. Nie mogę z nim jechać. Zbytnio mnie dołuje jego postawa. Ja jednak mam inne podejście. Niedługo docieramy do Jabłonki Orawskiej, zaczyna się podjazd pod Krowiarki, przyspieszam, odjeżdżam do przodu. Jeszcze na podjeździe dostałem SMS, że Krzysztof się wycofał. Sorry Krzychu – nie mogłem inaczej. Przepraszam Cię też za tę psychoanalizę, ale może w ten sposób pomogę Ci na przyszłość?
Długa Zawoja. Łagodny, szybki zjazd. Robi się ciemno. Znów podjazdy przed Stryszawą. Pamiętam trasę z Pętli Beskidzkiej w 2009 roku. Idzie noc, postanawiam zanocować w Żywcu. Docieram tam senny jak zwykle o tej porze. Bez problemu znajduję nocleg w hotelu. Pani znalazła jakiś pokój „ekonomiczny” za 50 zł, choć w pierwszej wersji miało być 90 zł.
Koszty. Trzeba je ponieść, żeby MRDP przejechać. Jeśli chodzi o tę imprezę, to byłem zdeterminowany i nastawiony na cel – ukończyć maraton. Gdyby było trzeba, to z lekkim bólem serca, ale bez zmrużenia oka zapłaciłbym za nocleg i 100 zł. Ważny był cel. Zregenerować się i jechać dalej. O pieniądze będę się martwił po wyścigu.
Dane wycieczki:
Dystans : 266.35 km (0.00 km teren) Czas : 12:59 h Vsr : 20.51 km/h Podjazdy : 2668 m Vmax : 49.10 km/h Temp : 25.0 'C
Poniedziałek, 19 sierpnia 2013Kategoria Focus, powyżej 200 km
Dzień trzeci
Supraśl - Włodawa
Wyruszam dopiero o ósmej. Sen – organizm musiał dostać swoje. Rozkręcam się na ładnej, wąskiej, asfaltowej drodze przez las. Z przeciwka tnie ciężarówka z drewnem. Bez stresu. Odbił trochę w swoją prawą stronę, ale nie zwolnił ani o włos. Jakoś się zmieściłem. Na ścianie wschodniej bardzo popularna nawierzchnia wyglądała tak, jakby wymyła z niej czarną smołę, a zostały tylko poprzyklejane kamyczki mniej więcej centymetrowej średnicy. Rozkosz. Nadgarstki chcą odpaść. Mimo wszystko trzymam niezłe tempo, noga podaje, choć wiatr nie sprzyja.
Pisze Yoshko: „Dzień dobry. Od Siemiatycz będzie glanc droga oraz po południu wiatr się zmieni”.
Jasnowidz chyba. Zgadł wszystko. W Siemiatyczach obiad i ruszam dalej w lepszych już warunkach. Tempo wysokie, często 30 km/godz. Nocleg zaplanowałem we Włodawie. Jakieś 40 km wcześniej doganiają mnie Krzysiek Weszczak i Tomek Knopik. Byli na stacji benzynowej i, zobaczywszy mnie, ruszyli w pogoń. Do Włodawy jedziemy razem. Ja zostaję na nocleg, oni ruszają w noc. To był dla mnie dobry dzień. Zasiał wiarę we własne siły, w możliwość ukończenia maratonu. Rachunek był prosty: jadę już trzeci dzień. Przejechałem prawie 900 km. Nic mnie nie boli. Potrafię jechać szybko. Rower sprawny. Czegóż chcieć więcej? To się musi udać!!! Tam uwierzyłem w sukces.
Vmax : 40.70 km/h Temp : 25.0 'C
Supraśl - Włodawa
Wyruszam dopiero o ósmej. Sen – organizm musiał dostać swoje. Rozkręcam się na ładnej, wąskiej, asfaltowej drodze przez las. Z przeciwka tnie ciężarówka z drewnem. Bez stresu. Odbił trochę w swoją prawą stronę, ale nie zwolnił ani o włos. Jakoś się zmieściłem. Na ścianie wschodniej bardzo popularna nawierzchnia wyglądała tak, jakby wymyła z niej czarną smołę, a zostały tylko poprzyklejane kamyczki mniej więcej centymetrowej średnicy. Rozkosz. Nadgarstki chcą odpaść. Mimo wszystko trzymam niezłe tempo, noga podaje, choć wiatr nie sprzyja.
Pisze Yoshko: „Dzień dobry. Od Siemiatycz będzie glanc droga oraz po południu wiatr się zmieni”.
Jasnowidz chyba. Zgadł wszystko. W Siemiatyczach obiad i ruszam dalej w lepszych już warunkach. Tempo wysokie, często 30 km/godz. Nocleg zaplanowałem we Włodawie. Jakieś 40 km wcześniej doganiają mnie Krzysiek Weszczak i Tomek Knopik. Byli na stacji benzynowej i, zobaczywszy mnie, ruszyli w pogoń. Do Włodawy jedziemy razem. Ja zostaję na nocleg, oni ruszają w noc. To był dla mnie dobry dzień. Zasiał wiarę we własne siły, w możliwość ukończenia maratonu. Rachunek był prosty: jadę już trzeci dzień. Przejechałem prawie 900 km. Nic mnie nie boli. Potrafię jechać szybko. Rower sprawny. Czegóż chcieć więcej? To się musi udać!!! Tam uwierzyłem w sukces.
Dane wycieczki:
Dystans : 287.10 km (0.00 km teren) Czas : 10:40 h Vsr : 26.92 km/h Podjazdy : 626 m Vmax : 40.70 km/h Temp : 25.0 'C

